Miejsce przy oknie

Wientian – stolica bez charakteru

Zanim wyruszyliśmy do Wientian słyszeliśmy głosy, że nie warto spędzać tam dużo czasu. Z tego powodu w stolicy Laosu zaplanowaliśmy tylko dwa noclegi. Do miasta dotarliśmy o godzinie siódmej rano po wyboistej nocy spędzonej w nocnym autobusie z Tad Lo. Dworzec autobusowy oddalony jest o 12 km od centrum, do którego można się dostać na dwa sposoby. Pierwszy, najbardziej popularny wśród turystów, to wzięcie tuk-tuka. My jednak chcieliśmy sprawdzić jak działa transport publiczny w mieście. W Wientian jest trzynaście linii autobusowych, które jeżdżą w egzotycznych godzinach. Linia na dworzec kursuje od 7 do 14 i tylko nocny autobus długodystansowy gwarantował nam dotarcie do miasta w tych godzinach.

Syrenka na słoniu, czemu nie?
Syrenka na słoniu, czemu nie?
Takiej winiarni nie da się przeoczyć
W Wientian spędziliśmy Walentynki
W Wientian spędziliśmy Walentynki (niestety na sedesie :P)

Od razu po opuszczeniu autobusu sypialnego zaczęli atakować nas kierowcy tuk-tuków, ale my wytrwale kierowaliśmy się w stronę przystanku, chociaż nie wiedzieliśmy gdzie dokładnie się znajduje. Dopisało nam szczęście. Mimo że przystanek nie był on oznaczony, akurat kiedy go mijaliśmy, podjechał pasujący nam autobus. Cena za przejazd jest zależna od linii, którą się jedzie i waha się od 4 do 8 tysięcy kipów (0,5 do 1 USD). Załoga każdego autobusu składa się z kierowcy i osoby sprzedającej bilety, chociaż ta druga nie zawsze jest obecna. Zdarzyło się nam jechać autobusem, gdzie pieniądze inkasował prowadzący. Czasem zdarza się, że bileterzy sprzedają używane bilety albo nie dają ich wcale, traktując to jako dodatkowe źródło dochodu. Musi to być duży problem, bo w każdym pojeździe jest dwujęzyczny napis, żeby takie przypadki raportować pod podany numer telefonu. Nam taka sytuacja zdarzyła się tylko raz, ale nie zawiadomiliśmy organów, przymykając oko na laotańską korupcję. Co ciekawe, do autobusu można wsiąść albo wysiąść z niego w dowolnym momencie trasy, sygnalizując to kierowcy. Z przystanków mało kto korzysta.

Autobusy są stare, kilkudziesięcioletnie, ale klima działa, często aż za dobrze. Zaskoczyło nas, że nawet w takim kraju jak Laos istnieje strona do śledzenia autobusów online. Po wejściu na stronę na mapie widać wszystkie autobusy będące aktualnie na trasie. Wszystkie, oprócz tych, którymi jechaliśmy 🙂 A jeździliśmy sporo.

Autobusy miejskie
Autobusy miejskie są darem od Japonii
Rozkład jazdy
Rozkład jazdy
Załoga autobusu
Załoga autobusu
Mapa z autobusami znajdującymi się aktualnie na trasie
Mapa z autobusami znajdującymi się aktualnie na trasie

Pierwszą atrakcją, którą zobaczyliśmy był Łuk Triumfalny wzorowany na francuskiej budowli o tej samej nazwie. Mimo że ma on tylko 57 lat widać po nim upływ czasu. Historia jego budowy też jest ciekawa. Laotański rząd dostał od Amerykanów cement na wybudowanie nowego lotniska. Władze zdecydowały się jednak wykorzystać dar w inny sposób, właśnie na budowę Łuku Triumfalnego. Dlatego jest on nazywany żartobliwie pionowym pasem startowym. Budowla ta upamiętnia poległych w czasie drugiej wojny światowej i podczas walki o niepodległość przeciwko Francji.

Żeby dostać się na taras widokowy znajdujący się na szczycie, wchodziliśmy po schodach przez trzy kondygnacje budynku. Na każdej z nich dostępne są przedmioty, które zwykle kupuje się na bazarach: ciuchy, stare monety, figurki etc. Z góry roztacza się mało imponujący widok.

Patuxai, czyli Łuk Triumfalny
Patuxai, czyli Łuk Triumfalny
Zdobienia na sklepieniu
Zdobienia na sklepieniu
Laotańczycy chyba nie są zbyt dumni z tej budowli
Laotańczycy chyba nie są zbyt dumni z tej budowli
Giełda rozmaitości wewnątrz Łuku Triumfalnego
Taras widokowy
Taras widokowy
Widok z góry
Widok z góry

Najważniejszą świątynią laotańską jest Pha That Luang będąca symbolem laotańskiego nacjonalizmu. W 1991 roku zastąpiła ona w godle sierp i młot. Przez wieki świątynia była wielokrotnie rabowana i niszczona. Idąc tam spodziewaliśmy się czegoś na miarę Szwedagon Pagody z Rangunu, ale rzeczywistość bardzo nas rozczarowała. Stupa składa się z trzech poziomów i ma wysokość 44 metrów. Jest pomalowana złotą farbą, a jej wierzchołek pokryto prawdziwym złotem. Całość da się obejść w pięć minut i tak naprawdę nie ma tu co oglądać.

Pha That Luang
Pha That Luang
Przestrzeń wokół stupy
Przestrzeń wokół stupy
Pha That Luang na zdjęciach wygląda lepiej niż w rzeczywistości
Pha That Luang na zdjęciach wygląda lepiej niż w rzeczywistości
Wejście do stupy
Wejście do stupy
Pojedyncze osoby przychodzą się tu pomodlić
Pojedyncze osoby przychodzą, żeby się tu modlić

Drugą świątynią, którą odwiedziliśmy była Wat Sisaket zawierającą setki posągów buddy wykonanych z drewna, kamienia, srebra i brązu. Świątynia została wybudowana w 1818 roku i jest prawdopodobnie najstarszą świątynią w Wientian. Zachowała się prawdopodobnie dzięki temu, że została wybudowana w stylu tajskim i armia syjamska po zajęciu Wientianu wykorzystywała ją jako kwaterę główną. Świątynia ta zrobiła na nas o wiele lepsze wrażenie niż Pha That Luang.

Wat Si Saket
Wat Si Saket
Setki buddów
Figurki buddów
Jeszcze więcej buddów
Budda en face
Kaczka dziwaczka
Kaczka dziwaczka
Religijny instrument muzyczny

Dojazd do kolejnej atrakcji zajął nam godzinę jazdy autobusem miejskim. Wsiedliśmy do niego tuż przed odjazdem kiedy wszystkie miejsca siedzące były już zajęte. Tomek idąc śladami jednego z pasażerów, usiadł na schodach. Wywołało to entuzjazm Laotańczyka, który od razu przedstawił się, poklepał po ramieniu i zaczął coś mówić w swoim języku. Znajomość nie trwała długo. Kilka przystanków dalej pan wstał, podał rękę na pożegnanie i wysiadł. My pojechaliśmy do końca trasy, mijając po drodze Most Przyjaźni będący jednocześnie przejściem granicznym z Tajlandią.

Park Buddów jest to park rzeźb zawierający 200 hinduistycznych i buddyjskich posągów wykonanych z żelbetonu przedstawiających zwierzęta, bogów i demony. Został wybudowany w 1958 roku przez lokalnego przywódcę duchowego Bunleua Sulilata. Po objęciu władzy przez komunistów, twórca projektu wyemigrował do Tajlandii i po drugiej stronie rzeki stworzył podobny park, z którego widoczna jest najwyższa budowla laotańskiego odpowiednika. Najdziwniejsza z konstrukcji przedstawia trzykondygnacyjną dynię pożerającą ludzi 😉 Nas też pożarła! Przez otwór gębowy weszliśmy do środka i po wąskich schodkach dostaliśmy się na taras, z którego roztaczał się widok na park. Dzieciaki uwielbiają to miejsce i biegają w kółko po wszystkich poziomach reprezentujących kolejno piekło, ziemię i niebo. Największy, stumetrowy posąg leżącego buddy pełni także funkcję świątyni. W związku z tym postawiono przed nim kaplicę, do której wierni przychodzą się pomodlić i złożyć dary. Całość robi upiorne wrażenie i do dzisiaj zastanawiamy się dlaczego jest to jedna z głównych atrakcji turystycznych miasta.

Wielka dynia
Wielka dynia
W paszczy demona
W paszczy demona
Rzeźby wewnątrz dyni
Wnętrze dyni
Widok z wnętrza dyni
Widok na park z wnętrza dyni
Dzieciaki lubią to miejsce
Dzieciaki lubią to miejsce
Leżący budda
Leżący budda
Co autor miał na myśli?
Kolejne dziwadło
Mnisi w Parku Buddów
Mnisi w Parku Buddów
Kwiaty w rękach buddy
Szalona wizja artysty

Podobnie jak w Kambodży, dużym problemem w Laosie są niewybuchy z czasów wojny wietnamskiej. W latach 1964-73 Amerykanie średnio co osiem minut bombardowali ten kraj zrzucając łącznie 270 milionów bomb., z czego 30% nie eksplodowało. Nadal można je znaleźć w co czwartej wiosce. W latach 1974-2011 dwadzieścia tysięcy ludzi zginęło lub zostało poszkodowanych w wypadkach spowodowanych przez niewybuchy. Lokalne społeczności nauczyły się wykorzystywać pozostałości pocisków do wytwarzania sprzętów codziennego użytku, takich jak garnki, lampy, łyżki itp. Łuski pocisków zastępują często drewniane pale przy budowie domów. Popularnym sposobem zarabiania pieniędzy jest poszukiwanie niewybuchów, rozbrajanie ich i przekazywanie metalu do skupu. Jak łatwo się domyślić, nie jest to bezpieczne zajęcie. Ofiary wypadków, jeśli przeżyją, nie mogą liczyć na profesjonalną pomoc medyczną. Aby pomóc ludziom, którzy stracili kończyny, powstała organizacja COPE wytwarzająca protezy i zajmująca się rehabilitacją poszkodowanych. Wystawa w siedzibie tej organizacji uświadomiła nam skalę problemu.

Siedziba organizacji COPE
Siedziba organizacji COPE
Łuski pocisków wykorzystane do budowy domu
Łuski pocisków wykorzystane do budowy domu
Lampa wykonana z pocisku moździerzowego
Lampa wykonana z pocisku moździerzowego
Zużyte protezy

Na zachód słońca nad Mekongiem dwukrotnie udaliśmy się na promenadę. Niestety za pierwszym razem się spóźniliśmy, a za drugim słońca nie było widać. Mekongu zresztą też. Okazało się, że rzeka oddalona jest o kilkaset metrów od promenady i jedyne co nam pozostało to przespacerować się wzdłuż stoisk z ubraniami, uprawiających aerobik Laotańczyków i drogich restauracji z owocami morza. Nie udało nam się niestety znaleźć miejsca, w którym przyjemnie byłoby posiedzieć. Ławki ustawione tyłem do brzegu i głośno grająca muzyka spowodowały, że nie zabawiliśmy tam na dłużej.

Jarmark nad Mekongiem
Promenada
Promenada
Aerobik na świeżym powietrzu jest popularny w Azji
Aerobik na świeżym powietrzu jest popularny w Azji
Zarośla nad Mekongiem
Zarośla nad Mekongiem
Restauracja w turystycznej części miasta

Ocena Wientian w porównaniu do innych dużych miast Azji Południowo-Wschodniej nie jest prosta. Z jednej strony jest to miasto pozbawione dużych atrakcji turystycznych, ale wyróżnia się czystością na tle pozostałych. Ulice są zadbane, nie widzieliśmy szczurów ani karaluchów, co pozytywnie nas zaskoczyło. Opinie o tym mieście się potwierdziły i nie żałowaliśmy, że jesteśmy tutaj tak krótko.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *