Miejsce przy oknie

Tamilski Nowy Rok w Dżafnie

Kiedy planowaliśmy nasz wyjazd do Azji, jednym z pomysłów było zobaczenie jak w różnych kulturach świętowany jest Nowy Rok. Przykładowo międzynarodowy Nowy Rok chcieliśmy obchodzić w Singapurze, Chiński Nowy Rok 5 lutego – na Tajwanie, Nowruz 21 marca w Iranie, natomiast Tamliski/Syngaleski 14 kwietnia na Sri Lance.
Niestety po wstępnej analizie okazało się, że jest to trudne do zorganizowania ze względu na koszty przelotów i czas spędzony na przemieszczaniu się. Po długich rozważaniach uznaliśmy, że tylko Nowy Rok na Sri Lance pasuje do naszego harmonogramu podróży.

Na Sri Lance Nowy Rok obchodzony jest w tym samym czasie przez dwie grupy etniczne, Syngalezów, którzy są w większości buddystami i Tamilów, wśród których dominują wyznawcy hinduizmu. Z informacji znalezionych w internecie wynikało, że święto to ma charakter rodzinny, natomiast nie znaleźliśmy żadnych szczegółów na temat publicznych obchodów. Decyzję, gdzie spędzimy ten dzień musieliśmy więc podjąć sami. Wybraliśmy Dżafnę, główny ośrodek Tamilów, bo nie ma tam zbyt wielu turystów, a do tego najwygodniej jest zwiedzać wyspę jadąc z północy na południe.

W Kolombo wylądowaliśmy 11 kwietnia późnym wieczorem, a już 12 chcieliśmy jechać do Dżafny. Spodziewaliśmy się, że będzie to trudna podróż, bo w okresie świątecznym, tak jak w Polsce podczas Bożego Narodzenia, mieszkańcy odwiedzają swoje rodziny. Po przyjeździe do hotelu dowiedzieliśmy się, że bilety autobusowe są wyprzedane, więc nie mieliśmy wyboru i pojechaliśmy pociągiem. Na szczęście udało nam się wepchnąć do wagonu i po siedmiu godzinach spędzonych w tłoku dotarliśmy na miejsce.

Po przyjeździe do hostelu, właściciel poradził nam, żebyśmy następnego dnia rano poszli na obchody do Nallur Kandaswamy czyli najważniejszej hinduistycznej świątyni w mieście . Wstaliśmy wcześnie rano, ale na miejscu okazało się, że nic się nie dzieje. Dopiero z tablicy informacyjnej wiszącej w środku dowiedzieliśmy się, że obchody będą o 7 rano następnego dnia. Podejrzewamy, że właściciel hostelu wprowadził nas w błąd, bo nie był Tamilem, tylko Syngalezem.

“Zostaw swoje zmartwienia i buty tutaj”
Na tarasie naszego hostelu
Na tarasie naszego hostelu
W ogrodzie rosły mango
W ogrodzie rosły mango
Wejście do świątyni Nallur Kandaswamy
Wejście do świątyni Nallur Kandaswamy
Jedna z czterech gopur, czyli wież wejściowych do świątyni
Jedna z czterech gopur, czyli wież wejściowych do świątyni
Zdobienia na jednej z gopur
Zdobienia na jednej z gopur
Przed wejściem do świątyni wierni rozbijali kokosy
Przed wejściem do świątyni wierni rozbijali kokosy

Chcąc nie chcąc, następnego dnia znowu zerwaliśmy się o świcie i o 7 rano byliśmy w okolicy świątyni. Zanim do niej dotarliśmy usłyszeliśmy muzykę dobiegającą z wnętrza. Spóźniliśmy się parę minut i trafiliśmy na moment, kiedy procesja wychodziła 8-u[shna zewnątrz. Kilkunastu dobrze zbudowanych mężczyzn niosło wielkie drewniane bale, do których przymocowany był posąg Murugana siedzącego na srebrnym pawiu. Noszenie takiego ciężaru stanowiło dla nich duże wyzwanie ze względu na słońce dające się we znaki nawet o tak wczesnej porze. Na czele procesji znajdował się wózek, na którym stał święty ogień. Za nim podążał mężczyzna czytający modlitwy z grubej księgi. Dalej szła orkiestra a za nią niesiono dwie płonące pochodnie. Wierni ubrani w odświętne stroje otaczali Murugana idąc po obu jego stronach, mężczyźni po lewej, a kobiety po prawej.

W procesji uczestniczyła oprócz nas, tylko jedna biała dziewczyna i grupa lankijskich turystów. Uczestnicy musieli przestrzegać zasad ubioru obowiązujących na terenie świątyni. Wszyscy szli boso, a mężczyźni dodatkowo mieli odsłonięte torsy. Dla turystów nie było taryfy ulgowej, o czym dowiedzieliśmy się, kiedy pewien Tamil zwrócił Tomkowi uwagę, że jest nieodpowiednio ubrany. Bez koszulki Tomek wyróżniał się w tłumie i nie miałam żadnych problemów, żeby wypatrzyć go w tłumie 😉 Obejście świątyni dookoła zajęło wiernym czterdzieści minut. Po powrocie posąg wrócił na swoje miejsce, po czym tak jak w teatrze po skończonym przedstawieniu kurtyna zapadła, całkowicie zasłaniając Murugana. Na chwilę odsłonięto go ponownie, aby wierni mogli złożyć pokłony. Był to oficjalny koniec uroczystości, ale część osób została w środku, aby otrzymać błogosławieństwo. Wewnątrz świątyni obowiązuje całkowity zakaz fotografowania, o czym przekonałam się dzień wcześniej, kiedy zdenerwowany Tamil osobiście dopilnował, żebym usunęła wszystkie niedozwolone zdjęcia.

Wierni obmywają nogi przed wejściem do świątyni
Wierni obmywają nogi przed wejściem do świątyni
Procesja z okazji Tamilskiego Nowego Roku
Kobiety ubrane w piękne sari
Odbicie parasola w kałuży
Święty ogień
Paw, czyli wierzchowiec Murugana

Nowy Rok obchodzony jest przez cztery dni, ale już dwa dni wcześniej widzieliśmy fajerwerki i słyszeliśmy odgłosy występów ulicznych. Małe sklepy i bary były w tym czasie zamknięte, a więc nigdzie nie dało się kupić alkoholu. Zjedzenie kolacji w większych restauracjach nie stanowiło jednak problemu.

W wigilię Nowego Roku przeszliśmy się po mieście, podążając trasą zaproponowaną nam w hostelu. Na samym początku odwiedziliśmy znaną w całym mieście lodziarnię Rio Ice Cream. Jest ona bardzo popularna wśród mieszkańców Dżafny, a duże lody kosztują jedynie150 rupii (ok. 3 zł). Następnie skierowaliśmy się do wieży zegarowej, która nie zrobiła na nas specjalnego wrażenia. Kolejnych dwóch atrakcji, czyli Muzeum Archeologicznego i Biblioteki Publicznej nie udało nam się odwiedzić, bo były zamknięte. Najprzyjemniejszą częścią wycieczki był spacer po ruinach holenderskiego fortu. Spędziliśmy tam kilka godzin chodząc po murach obronnych i odpoczywając w cieniu drzew. Na koniec wybraliśmy się na lokalne targowisko, żeby kupić owoce. Jest to zawsze stresujące, bo nie wiemy ile co jest warte. Sprzedawcy wykorzystują to podając zawyżone ceny, a że targujemy się słabo, zwykle sporo przepłacamy.

Lodziarnia Rio Ice Cream jest bardzo popularna wśród mieszkańców Dżafny
Lodziarnia Rio Ice Cream jest bardzo popularna wśród mieszkańców Dżafny
Puchar lodowy za jedyne 3zł
Puchar lodowy za jedyne 3zł
Wieża zegarowa wybudowana na pamiątkę wizyty księcia Walii w 1875 roku
Wieża zegarowa wybudowana na pamiątkę wizyty księcia Walii w 1875 roku
Ptak na szczycie wieży zegarowej
Król Pandara Vanniyan
Biblioteka Publiczna w Dżafnie, w latach 80-tych jedna z największych bibliotek w Azji
Biblioteka Publiczna w Dżafnie, w latach 80-tych jedna z największych bibliotek w Azji
Mantri Manai, ruiny pałacu króla Dżafny
Główne wejście do fortu
Główne wejście do fortu wybudowanego przez Portugalczyków w 1618 roku
W forcie można odpocząć w cieniu drzew
W forcie można odpocząć w cieniu drzew
Mury fortu są zbudowane ze skamieniałych koralowców
Mury fortu są zbudowane ze skamieniałych koralowców
Na terenie fortu można spotkać pasące się krowy
Na terenie fortu można spotkać pasące się krowy
Targ w Dżafnie
Warzywa na targu

W trakcie naszego pobytu poznaliśmy dwa oblicza miasta. W części rezydencjonalnej jest ono ciche i spokojne, natomiast w centrum panuje niewyobrażalny chaos i ma się ochotę jak najszybciej stamtąd uciec. W Dżafnie widać też pozostałości wojny z Tamilskimi Tygrysami zakończonej 10 lat temu. Często mija się opuszczone, rozpadające się domy ze śladami po pociskach na elewacji oraz garnizony wojskowe rozsiane po mieście.

Spokojna część miasta
Spokojna część miasta
Figurka krowy na bramie jednego z domów
Rzęsa na stawie w centrum miasta
Na ulicach w centrum miasta panuje kompletny chaos
Na ulicach w centrum miasta panuje kompletny chaos
W mieście wciąż widać pozostałości wojny
Ślady po kulach na jednym z budynków
Ślady po kulach na jednym z budynków

Następnego dnia chcieliśmy zobaczyć plażę położoną na północ od miasta. Planowaliśmy dostać się tam pociągiem, ale na stacji okazało się, że przejechanie kilkunastu kilometrów kosztowałoby nas 1000 rupii (ok. 20 zł) od osoby, bo w pociągu były wagony tylko pierwszej klasy. Zrezygnowani poszliśmy na stację autobusową, żeby dowiedzieć się czy nie da się tam dojechać autobusem. System autobusowy jest dość skomplikowany, bo ta sama linia może jechać w kilka miejsc o czym wkrótce mieliśmy się przekonać. Chcieliśmy się dostać do miejscowości, która była wymieniona na tabliczce, ale konduktor powiedział nam, że tam nie jedzie i pokazał na mapie dokąd może nas dowieźć. Szczęśliwie, kiedy wysiedliśmy podjechał inny autobus jadący w kierunku Keerimalai, co zaoszczędziło nam trzy kilometry pieszej wędrówki a cały przejazd kosztował nas mniej niż 100 rupii. Tam obejrzeliśmy hinduistyczną świątynię i basen z wodą ze świętego źródła. Co ciekawe baseny są dwa publiczny dla mężczyzn i prywatny dla kobiet.

Na stacji autobusowej
Na stacji autobusowej
Świątynia hinduistyczna w Keerimalai
Świątynia hinduistyczna w Keerimalai
Basen wodą źródlaną
Basen z wodą źródlaną
Maleńka plaża w Keerimalai
Maleńka plaża w Keerimalai

Do kolejnej miejscowości, Kankensanturai, chcieliśmy dojść pieszo drogą wiodącą wzdłuż brzegu. Okazało się to jednak niemożliwe, bo droga została
zamknięta przez wojsko. Nie pozostało nam nic innego, jak pójść naokoło. Tym razem nie mieliśmy tyle szczęścia i nie minął nas żaden autobus, który mógłby nas podwieźć. Po półtorej godzinie dotarliśmy na miejsce i udaliśmy się na najpopularniejszą plażę w okolicach Dżafny. Po przeczytaniu komentarzy w internecie spodziewaliśmy się, że będzie tam pusto, ale ze względu na święto i dzień wolny od pracy przywitał nas tam spory tłum. Jako jedyni turyści byliśmy sporą atrakcją i ustawiały się do nas kolejki, żeby zrobić sobie z nami selfie. Zaczęliśmy się nawet zastanawiać czy nie zacząć pobierać opłat od każdego zdjęcia 😉 Na plaży zostaliśmy do zachodu słońca, wrócić zamierzaliśmy ostatnim pociągiem. Dopiero na dworcu okazało się, że ze względu na święto, lokalne pociągi nie kursują. Po drodze na przystanek autobusowy zaczepił nas młody Lankijczyk, który powiedział, że ostatni autobus też już odjechał. Zaproponował, że załatwi nam tuk-tuka w okazyjnej cenie. Początkowo Tomek mu nie uwierzył, ale kierowca autobusu, który właśnie przyjechał potwierdził tę informację. Zabraliśmy się więc tuk-tukiem z nowo poznanym wojskowym, który przez całą drogę próbował nam sprzedać nocleg w okolicach swojej rodzinnej miejscowości. Dla obu stron wspólny przejazd był dobrym interesem, bo my nie wynegocjowalibyśmy tak niskiej ceny, a on dojechał do Dżafny za darmo. Przez kolejne trzy tygodnie Damith dzwonił do nas co parę dni, pytając kiedy przyjedziemy do Galle i przypominając że nocleg już na nas czeka 🙂

Droga, którą chcieliśmy iść, była zamknięta
Droga, którą chcieliśmy iść, była zamknięta
Droga łącząca Keerimalai z Maviddapuram
Plaża w Kankensanturai
Plaża w Kankensanturai
W morzu kąpali się głównie mężczyźni
Rodzinne zdjęcie ;)
Rodzinne zdjęcie 😉
Latarnia morska w Kankensanturai
Latarnia morska w Kankensanturai
Zachód słońca na plaży
Zachód słońca na plaży

Żeby odwiedzić kolejną atrakcję trzeci dzień z rzędu musieliśmy wstać o nieludzkiej porze. Na stacji autobusowej wsiedliśmy o 6:30 w autobus odjeżdżający do Kurikadduwan. Chcieliśmy być na miejscu przed ósmą, żeby zdążyć na pierwszy prom płynący na wyspę Delft. Na przystani byliśmy przed czasem, ale nie pozwolono nam wsiąść, bo pierwszeństwo mieli miejscowi, którzy mieszkają na wyspie. Teoretycznie statek mógł zabrać tylko sto osób, a wydawało się, że wsiadło dużo więcej. Obawialiśmy się, że przyjechaliśmy tak wcześnie na marne i będziemy musieli czekać półtorej godziny na następny prom, ale załoga uznała, że znajdzie się miejsce dla kilku zbłąkanych turystów. W ten sposób upchnięci jak sardynki w puszce, ruszyliśmy w czterdziestopięciominutową podróż. Konstrukcja statku była tak specyficzna, że musieliśmy stać zgarbieni, żeby nie zasłaniać widoku podczas odbijania od brzegu. Dopiero gdy udało nam się wyjść na pokład, zrobiło się przyjemniej.

Poranny prom na wyspę Delft
Poranny prom na wyspę Delft
Tomek znalazł miejsce siedzące 😉
Selfie na statku
Selfie na statku
Łódź rybacka na wyspie Delft

Wyspę Delft można zwiedzać na dwa sposoby, pieszo albo tuk-tukiem. Żadna z tych metod nie jest idealna. Pieszo nie sposób dostać się do wszystkich atrakcji, bo są one położone daleko od siebie, a przejście więcej niż kilkunastu kilometrów w upale wydaje się niewykonalne. Natomiast z tuk-tuka w czasie jazdy nie widać krajobrazu, bo widok przesłonięty jest przez klapy przeciwdeszczowe. Zdecydowaliśmy się na pierwszą opcję i korzystając z mapy wręczonej nam na przystani wybraliśmy trasę, którą da się w ciągu kilku godzin przejść pieszo. Mijając opuszczone domy mieliśmy wrażenie, że jesteśmy na wyspie widmo. Rozpadające się budynki, ogrodzenia zbudowane z kamieni, przypominające te, które widzieliśmy na chorwackiej wyspie Hvar, puste piaszczyste drogi. Idąc do pierwszej atrakcji, czyli baobabu zasadzonego przez arabskich kupców za panowania Portugalczyków, spotkaliśmy jedynie kilka osób mijających nas na motorach. Były one życzliwie do nas nastawione, uśmiechały się i pozdrawiały przejeżdżając obok. Gdy minęliśmy ostatnie zabudowania, wkroczyliśmy do zupełnie innego świata. Dominującą formą krajobrazu stała się wyschnięta trawa z gdzieniegdzie rosnącymi palmami. Czuliśmy się jakby ktoś wrzucił nas na rozgrzaną patelnię, rolę skwarków pełniły otaczające nas kamienie;) Jedynym miejscem, gdzie udało nam się zobaczyć zwierzęta było wysychające jeziorko.

Na wyspie są dwa rodzaje atrakcji, przyrodnicze i pokolonialne. Do pierwszej grupy należą wspomniany wcześniej baobab oraz las figowy. Są one o tyle fajne, że dają schronienie przed słońcem. W drugiej grupie znajdują się ruiny fortu, szpitala, latarnia (której nie widzieliśmy) i gołębnik z okresu panowania Holendrów. Trasa wiodąca do nich prowadziła nad brzegiem morza przez tereny bardziej zaludnione. Po drodze minęliśmy jedyny hotel, lokalny sklepik oraz, co ciekawe, cmentarz chrześcijański. Ostatnim punktem programu była wizyta na plaży pełnej martwych krabów. Nie mogliśmy zostać tam dłużej, bo o 14:30 mieliśmy powrotną łódkę do Kurrikaduwan.

Opuszczony dom na wyspie Delft
Opuszczony dom na wyspie Delft
Ogrodzenia były wykonane ze skamieniałych koralowców
Ogrodzenia na wyspie były wykonane ze skamieniałych koralowców
Quo vadis?
Jak on się tam wspiął?
Czapla brodząca w wysychającym jeziorku
Czapla brodząca w wysychającym jeziorku
Kilkusetletni baobab, jedna z głównych atrakcji wyspy
Kilkusetletni baobab, jedna z głównych atrakcji wyspy
Ale ten baobab gruby!
Droga w pełnym słońcu
Droga w pełnym słońcu
Figowiec bengalski
Figowiec bengalski
Było tak gorąco, że nawet krowy chowały się w cieniu
Było tak gorąco, że nawet krowy chowały się w cieniu
Drzewo hybrydowe
Drzewo hybrydowe
Jeden z domów w centrum wyspy
Jeden z domów w centrum wyspy
Ruiny holenderskiego szpitala
Ruiny holenderskiego szpitala
Zabytkowy gołębnik
Zabytkowy gołębnik
Ruiny holenderskiego fortu
Ruiny holenderskiego fortu
Cmentarz chrześcijański
Cmentarz chrześcijański
Pusta plaża na wyspie Delft
Pusta plaża na wyspie Delft
Zdechłych krabów były na plaży setki
Martwych krabów były na plaży setki
Ocean Indyjski

Początkowo myśleliśmy, że będziemy wracać tym samym statkiem, którym dostaliśmy się na wyspę. W porcie okazało się jednak, że tym razem płynąć będzie mała łódka, która nie mogła pomieścić wszystkich chętnych. Widząc kłębiący się tłum początkowo zwątpiłam, że uda nam się wsiąść. Na szczęście Tomek wypatrzył kawałek wolnego miejsca na pokładzie i jakimś cudem się tam wepchnęliśmy. Gdyby nie to musielibyśmy czekać dwie godziny na ostatni statek nie mając pewności że nas zabierze. Pomieszczenia dla pasażerów były już całkowicie wypełnione, ledwo zmieściliśmy się na ostatnim stopniu schodów. Wszyscy, którzy stali wyżej musieli wysiąść. Nam pozwolono zostać, a obsługa znalazła dla nas wolny kąt na wąziutkim pokładzie. Całe szczęście, że podróż spędziliśmy na zewnątrz, bo w środku było gorąco i duszno jak w piekarniku i co chwila ktoś wychylał się, żeby zaczerpnąć świeżego powietrza. Pod koniec podróży na pokładzie towarzyszyło nam tyle osób, że ledwo się mieściliśmy.

Tego dnia planowaliśmy jeszcze dostać się na drugą, położoną bliżej, wyspę Nainativu, ale okazało się, że moglibyśmy tam spędzić jedynie piętnaście minut, bo ostatni prom powrotny odpływał o 16:30. Byliśmy tak wyczerpani podróżą, że nawet nas to ucieszyło. Musieliśmy się tylko dostać do Dżafny. Pierwszy autobus był tak wypchany, że sobie go odpuściliśmy. Za nim stał kolejny, który miał odjechać za pół godziny, ale żeby sytuacja się nie powtórzyła, od razu zajęliśmy miejsca siedzące. I dobrze, bo po odjeździe pierwszego autobusu, nasz wypełnił się bardzo szybko.

Tłum próbujący wsiąść na łódkę
Tłum próbujący wsiąść na łódkę
Płyniemy!
Płyniemy!
W trakcie rejsu kilka osób wyszło na pokład
Po godzinie rejsu dobijamy do brzegu
Zatłoczony autobus do Dżafny
Zatłoczony autobus do Dżafny

Co zapamiętamy z Dżafny? Przede wszystkim upał jakiego nie doświadczyliśmy w żadnym innym kraju, obchody nowego roku i podróżowanie zatłoczoną komunikacją publiczną. Jest to na pewno miasto warte zobaczenia, ze względu na małą liczbę turystów i wiążącą się z tym autentycznością tego miejsca.

2 odpowiedzi do artykułu “Tamilski Nowy Rok w Dżafnie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *