Miejsce przy oknie

Lepiej późno niż wcale

Myśleliśmy, że cykl wpisów o przejzdach w Kambodży wyczerpał się, ale jednak życie pisze własne scenariusze. Z Phnom Penh chcieliśmy udać się na północ, do położonej w odległości 500 km miejscowości Banlung, stolicy prowincji Ratanakiri. Region ten nie występuje na turystycznej mapie Kambodży, dlatego nie jest łatwo znaleźć bezpośrednie połączenie. Na podstawie informacji znalezionych w internecie, wiedzieliśmy jednak, że niektórzy przewoźnicy mają tę trasę w swojej ofercie. Właściciel noclegu powiedział nam, że w okolicach nocnego targu są tacy, którzy tam jeżdżą. Faktycznie, idąc od jednej firmy do drugiej, udało nam się znaleźć takiego przewoźnika. Pan wypisał bilety ręcznie i kazał nam się zjawić następnego dnia o 7 rano w tym samym miejscu.

W dniu wyjazdu pojawiliśmy się w siedzibie firmy i cierpliwie czekaliśmy na minibusa. Po 40 minutach podjechał po nas tuk-tuk, który miał nas zawieźć na miejsce odjazdu. Po drodze kierowca zatrzymał się u jednego z przewoźników, chwilę porozmawiał i pojechaliśmy dalej. Wysadził nas dopiero w jakiejś bramie, gdzie stał zaparkowany prywatny van. Podobną sytuację przeżyliśmy w Mjanmie, kiedy okazało się, że zamiast autobusu podjechał po nas współdzielony samochód. Jak to działa?

Pojazdy te służą głównie lokalnej społeczności przewożąc ludzi i paczki. Jeżdżą bez określonego rozkładu, wyruszając dopiero gdy nie da się nic więcej zmieścić do środka (albo przymocować na zewnątrz :P). Trasa jest dostosowywana do potrzeb pasażerów, często zbacza się do małych wiosek, żeby wysadzić ludzi albo zostawić pakunek. Wypełnianie takiego busa oparte jest o sieć znajomości, jedna osoba zna kierowcę i przekazuje jego numer zainteresowanym znajomym.

Van powoli się zapełnia
Van powoli się zapełnia
Wnętrze vana, na razie puste
Wnętrze vana, na razie puste

Nasz van wypełnił się dopiero po 2 godzinach i wyruszyliśmy tuż przed 10 rano. W busie przewidzianym na 11 osób, było ich o 5 więcej. Byliśmy przekonani, że nikt więcej się nie zmieści, ale po drodze zatrzymaliśmy się, żeby zabrać jeszcze jednego pasażera. Był to drugi kierowca, który zajął miejsce z przodu na podwyższeniu na drążek skrzyni biegów. Rozkład zajętych miejsc przedstawiał się więc następująco: w pierwszym rzędzie siedziały 3 osoby, w drugim 6 (w tym 4 dzieci), w trzecim 4, a w ostatnim 3. Dodatkowo pod każdym siedzeniem wepchnięte były bagaże i paczki, a z tyłu samochodu przywieszone kolejne pakunki.

Kto powiedział, że z przodu mogą siedzieć tylko dwie osoby?
Kto powiedział, że z przodu mogą siedzieć tylko dwie osoby?
Co się nie zmieściło w środku, wisi na zewnątrz
Co się nie zmieściło w środku, wisi na zewnątrz

W momencie odjazdu ciągle mieliśmy nadzieję, że do Banlung dotrzemy przed zachodem słońca, ponieważ poprzedniego dnia obiecywano nam, że przejazd zajmie 8 godzin. Było to dla nas o tyle istotne, że noclegu chcieliśmy szukać dopiero po przyjeździe. Ok. 12 po dwóch postojach i 40 minutach jazdy, wiedzieliśmy już, że to się nie uda. Postoje były z różnych powodów: żeby zabrać lub przekazać kolejną paczkę, żeby schłodzić silnik i koła a przy okazji coś zjeść, żeby zatankować, żeby wyjąć śrubę wbitą w oponę, żeby wysadzić albo zabrać kolejnych pasażerów.

Postój na schłodzenie pojazdu
Postój na schłodzenie pojazdu
Czas na obiad
Czas na obiad
Postój na stacji benzynowej
Postój na stacji benzynowej

Najdłuższy postój mieliśmy z powodu robót drogowych, gdzie miał obowiązywać ruch wahadłowy. Zadanie kierowania ruchem przerosło jednak robotników i samochody przez cały czas jechały tylko w jedną stronę. Dopiero po godzinie nasz kierowca stracił cierpliwość i poszedł sterować ruchem. Zrobił to na tyle skutecznie, że po kilku minutach ruszyliśmy dalej. Dochodziła godzina 15, do przejechania zostało nam 400 z 500 km.

Pasażerowie vana czekają na udrożnienie ruchu
Pasażerowie vana czekają na udrożnienie ruchu

Taka długa podróż to dobra okazja, żeby obserwować zachowanie współpasażerów. Charakterystyczne było to, że na każdym, nawet najkrótszym postoju ludzie kupowali jedzenie, którym zajadali się do następnego przystanku. Małe dzieci bardzo spokojnie znosiły podróż mimo że nie miały zabawek, komórek czy tabletów. Jedyną atrakcją dla nich były dwa białasy w okularach. Chociaż najbardziej rozbroiła nas pani w wełnianej czapce, która przez pół drogi wyłapywała wszy u swoich dzieci.

Najmłodsza pasażerka cały czas na nas zerkała
Najmłodsza pasażerka cały czas na nas zerkała
Postój to dobra okazja, żeby wyłapać wszy
Postój to dobra okazja, żeby wyłapać wszy
Kupujemy jajka pieczone na patyku
Kupujemy jajka pieczone na patyku

Ciekawym przeżyciem było też dla nas obserwowanie budowy drogi. Wyobraźcie sobie, że asfalt na brzegu był ubijany ciężarem pana chodzącego w klapkach 🙂

W tym momencie kierowcy zaczęło się już wyraźnie spieszyć, więc zatrzymujemy się tylko w celach biznesowych. Z biegiem czasu pojazd pustoszeje, jest coraz mniej bagażu i pasażerów. Po godzinie 18 zostajemy sami, a przed nami ciągle 250 km. O 19 zatrzymujemy się w miejscowości Mondulkiri i wygląda na to, że to jest koniec naszej podróży. Jak królik z kapelusza pojawia się obok nas angielskojęzyczny przewodnik, który tłumaczy, że van dalej nie pojedzie i najwyraźniej zostaliśmy oszukani. Kierowca nas przeprasza, ale to nie jego wina. Za przewiezienie nas dostał tylko kilka dolarów z 30, które zapłaciliśmy za 2 osoby, a on nie miał w planach jechać aż do Banlung.

Przewodnik znalazł nam tani nocleg, a przy okazji chciał nam wcisnąć kilka wycieczek. Zupełnie nie rozumiał dlaczego chcemy jechać do miejscowości, gdzie nie ma żadnych atrakcji turystycznych. Mimo że nie skorzystaliśmy z jego oferty był dla nas miły i zorganizował nam transport na następny dzień.

Poranek w Mondulkiri
Poranek w Mondulkiri
Parking przed naszym hostelem w Mondulkiri
Parking przed naszym hostelem w Mondulkiri

Mondulkiri jest znane z licznych sanktuariów dla słoni, znajdujących się w dżungli, która nie została jeszcze wycięta pod uprawy kauczuku i orzechów nerkowca. Większość z tych organizacji wbrew hasłom reklamowym nie dba o zwierzęta, tylko wykorzystuje je do niewolniczej pracy w przemyśle turystycznym. Jedyna, która ma rekomendacje organizacji zajmujących się prawami zwierząt, w weekendy jest zamknięta, żeby słonie mogły odpocząć od ludzi. Do Mondulkiri dotarliśmy w sobotę, dlatego nie zdecydowaliśmy się zostać tu na dużej.

Ostatni odcinek podróży przebiegł już bez przygód. Po drodze zatrzymaliśmy się na śniadanie i po 3 godzinach jazdy dotarliśmy do Banlung. Zostało nam tylko znalezienie noclegu…

Może tym razem uda się dojechać do celu :)
Może tym razem uda się dojechać do celu 🙂
Lokalna garkuchnia
Lokalna garkuchnia
Nasz dzisiejszy wybór - kurczak z chili i trawą cytrynową
Nasz dzisiejszy wybór – kurczak z chili i trawą cytrynową
Sprawdzamy jak się dostać do noclegu
Sprawdzamy jak się dostać do noclegu

Relacja filmowa poniżej:

4 odpowiedzi do artykułu “Lepiej późno niż wcale

  1. Jasio

    Zadziwiło mnie, że Tomek był w polarze. Czyżby było tam zimno? Przyznam się szczerze, że byłbym przerażony jadąc takim złomem jak ten van.Całe szczęście,że ruch na drogach nie jest zbyt duży, chyba ? Widzę, że poczynacie sobie bardzo odważnie. Nie znałem Cię Magdusiu z tej strony, bo jak sądzę to jest Twoja sprężyna? Szacun .

    Trzymajcie się ciepło.

    1. magda Autor

      Faktycznie ruch na drogach nie jest zbyt duży. Mondulkiri to było pierwsze miasto w Kambodży, w którym w nocy temperatura spadała poniżej 20 stopni, stąd polar. Poza tym często w autobusach podkręcają mocno klimatyzację.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *