Miejsce przy oknie

Co słychać w dżungli?

Na pewno słyszeliście o dżungli amazońskiej i o lasach deszczowych w Afryce. Ekipy BBC i National Geographic często odwiedzają te rejony i dlatego są one znane na całym świecie. Mało kto jednak wie, że duża część Malezji jest pokryta dżunglą. Występuje ona na Borneo, a także w części kontynentalnej kraju. Rośnie tutaj już 130 milionów lat i jest starsza od swoich odpowiedników w Afryce i Ameryce Południowej. Oznacza to, że las ten pamięta czasy dinozaurów, które wyginęły dopiero 66 milionów lat temu. Jest on tak stary, ponieważ został oszczędzony przez zlodowacenia i aktywność wulkaniczną.

Z tego względu Taman Negara jest jednym z punktów obowiązkowych wyjazdu do Malezji. Po raz pierwszy byliśmy tu 3 lata temu, ale czuliśmy duży niedosyt, bo w dżungli spędziliśmy zaledwie kilka godzin. Tym razem postanowiliśmy wybrać się na dłuższą wycieczkę, dlatego po raz kolejny przyjechaliśmy do Merapoh, w pobliżu którego znajduje się jedno z wejść do parku. W dżungli mieliśmy spędzić dwa dni i dwie noce.

Tak wygląda najstarsza dżungla na świecie
Tak wygląda jedna z najstarszych dżungli na świecie
Dinomyrmex gigas, jedna z największych mrówek na świecie
Dinomyrmex gigas, największa mrówka mieszkająca w Taman Negara
Kolorowe grzyby
Kolorowe grzyby

Naszą przygodę zaczęliśmy o dziewiątej rano w oddalonym od Merapoh o 7 km wejściu do parku narodowego. Turyści spędzający noc w granicach parku muszą rozpakować cały swój bagaż, a rzeczy wnoszone na jego teren zostają zanotowane. W szczególności są to ubrania, skarpetki, buty, torebki foliowe, butelki plastikowe, baterie i sprzęt biwakowy. Okazało się, że nawilżanych chusteczek antybakteryjnych nie wolno wnosić na teren parku, więc musieliśmy je zostawić. Dokładne policzenie powyższych rzeczy jest istotne, ponieważ wracając trzeba się z nich wszystkich rozliczyć. Za zgubienie najmniejszej torebki, takiej jak opakowanie po chusteczkach, płaci się karę 200 ringgitów (ok. 200 zł).

Żeby dostać się na początek szlaku trzeba przejechać kilkanaście kilometrów asfaltową drogą prowadzącą w głąb lasu. Co ciekawe, tylko samochody z napędem na cztery koła mogą wjeżdżać na teren parku. Wszystkie formalności i dojazd zajmują dużo czasu, więc na trasę wyruszyliśmy dopiero o 11:30.

Przed wyruszeniem na trasę musimy wypakować cały sprzęt
Przed wyruszeniem na trasę musimy wypakować cały sprzęt
Biuro parku narodowego
Biuro parku narodowego
Trekking czas zacząć
Trekking czas zacząć

Trekkingu po Taman Negara nie da się zorganizować samodzielnie, bo zgodnie z przepisami podczas całej obecności w parku, musi towarzyszyć nam certyfikowany przewodnik. Na jednego przewodnika może przypadać maksymalnie 12 osób. Większość Malezyjczyków przyjeżdża tutaj w dużych grupach, aby wejść na górę Tahan (2187 m), najwyższy szczyt kontynentalnej Malezji. Taki trekking trwa cztery dni, wymaga przejścia 64 kilometrów i podejścia prawie dwóch tysięcy metrów pod górę. Tego samego dnia co my na ten szlak wyruszało 50 pracowników urzędu miasta Kuala Lumpur. Łatwo policzyć, że musiało towarzyszyć im aż pięciu przewodników.

Ponieważ nasza “grupa” liczyła tylko dwie osoby, wystarczył nam jeden przewodnik. Był nim Naza, który już od siedemnastu lat oprowadza ludzi po Taman Negara. Jest on jednym z najbardziej doświadczonych przewodników, zna wszystkie oficjalne trasy, a także ścieżki, które kiedyś były wykorzystywane przez rdzenną ludność mieszkającą na terenie parku. Brał on też udział w wytyczaniu trasy na górę Tahan, jednego z najpopularniejszych szlaków w Taman Negara.

Nasz przewodnik, Naza
Nasz przewodnik, Naza

Do przejścia mieliśmy jedenaście kilometrów i pięć rzek. Tak naprawdę to była jedna rzeka, ale szlak jest poprowadzony w taki sposób, że trzeba ją pokonywać kilkukrotnie. Rzeka ma szerokość ok. 20 metrów, a w najgłębszych miejscach woda sięgała nam do bioder. Przejścia zabezpieczone są liną, którą można się asekurować w czasie przeprawy. W trudniejszych miejscach Naza pomagał nam, przenosząc nasze plecaki na drugą stronę oraz pokazując nam którędy iść. Zanim przekroczyliśmy rzekę upewniał się czy przejście jest bezpieczne. W jednym miejscu musieliśmy czekać 40 minut aż poziom wody spadnie o 30 cm po intensywnych opadach. Na pytanie, co byśmy zrobili, gdyby nie przestało padać, Naza odpowiedział, że musielibyśmy czekać do skutku.

Szlak ma pół metra szerokości, jest dobrze oznakowany i utrzymany. W miejscach gdzie jest bardziej stromo, przymocowane są liny, którymi wspomagaliśmy się podczas podchodzenia. Trzeba tylko uważać na dzikie zwierzęta grasujące w poszyciu, czyli pijawki 😛 Nie da się ich uniknąć, więc co jakiś czas musieliśmy się zatrzymać, żeby usunąć nieproszonego gościa z naszych nóg. Nie jest to bolesne, ale mało przyjemne, bo rany tego typu dosyć długo krwawią. Naza pokazał nam jak je usunąć za pomocą liścia. Z kolei liście innej rośliny mogą posłużyć jako parasol w czasie deszczu. Jest to o tyle przydatne, że w lasach deszczowych, jak sama nazwa wskazuje, często pada. Nas spotkały dwie ulewy. Nie były one jednak problemem, bo większość wody zatrzymuje się na koronach drzew, a na dół dociera niewiele. Z powodu wysokiej temperatury i wilgotności nie ma sensu korzystać z kurtek i peleryn przeciwdeszczowych, bo człowiek i tak będzie mokry, ale od potu.

Jedyny wąż, którego widzieliśmy ;)
Jedyny wąż, którego widzieliśmy 😉
Uwaga na kolce!
Uwaga na kolce!
Z tej rośliny Orang Asli budowali domy
Z tej rośliny rdzenna ludność budowała domy
Przeprawa przez rzekę
Przeprawa przez rzekę
Zielono mi
Zielono mi
Woda z bambusa jest zdatna do picia
Woda z bambusa jest zdatna do picia
Ruch przez rzekę jest wahadłowy
Ruch przez rzekę jest wahadłowy
Tyle zostało ze słonia...
Tyle zostało ze słonia…
Wylinka cykady
Wylinka cykady
W połowie drogi
W połowie drogi
Pijawki są wszędzie
Pijawki są wszędzie
Wreszcie trochę światła
Wreszcie trochę światła
Johannesteijsmannia altifrons, roślina jak parasol
Johannesteijsmannia altifrons, roślina jak parasol
Czekamy, aż woda opadnie
Czekamy, aż woda opadnie

Po drodze Naza wielokrotnie zatrzymywał się, żeby pokazać nam ciekawe rośliny rosnące w lesie. Jedną z nich było drzewo agarowe, które jest wykorzystywane do produkcji perfum. Drewno to powstaje tylko w specyficznych warunkach kiedy zranione drzewo wydziela żywicę, żeby wyleczyć ranę. Dotyczy to tylko dwóch procent drzew z rodzaju Aquilaria, ale cena surowca jest tak wysoka, że do parku dostają się nielegalnie liczni kłusownicy niszcząc drzewa w jego poszukiwaniu.

Za każdym razem gdy napotykaliśmy jakieś owoce w dżungli, przewodnik mówił nam czy są one jadalne czy nie. Mogliśmy spróbować tylko jednego, który nadawał się do spożycia bez żadnej obróbki. Zaskoczyło nas to, że mimo dużej wilgotności panującej w lesie, było tam mało komarów, więc repelentów, które wzięliśmy ze sobą, nie użyliśmy ich ani razu. Wysoka wilgotność sprzyja natomiast rozwojowi grzybów rosnących na pniach martwych drzew, które mają różne kształty, konsystencję i kolor. Od Nazy dowiedzieliśmy się też, że durian zwany w Malezji królem owoców jest tak naprawdę drzewem leśnym. Najlepsze owoce pochodzą z drzew dziko rosnących, które dojrzewają raz w roku. Dostępne przez cały rok odmiany sprowadza się z Tajlandii, gdzie są hodowane na plantacjach i dojrzewają kilka razy w roku.

Zapewne zastanawiacie się czym różni się dżungla od zwykłego polskiego lasu. Tak naprawdę wszystkim i niczym. Nie różni się niczym, bo wchodząc do środka widać ścianę drzew, przesłaniającą widok w każdym kierunku. Zwierzęta są tak samo trudne do wypatrzenia i chowają się przed człowiekiem. Czym się różni? Przede wszystkim hałasem. W polskich lasach słychać co najwyżej pojedyncze ptaki i szum drzew. Po przekroczeniu progu lasu deszczowego zewsząd atakuje nas hałas, głośniejszy niż niejedna trasa szybkiego ruchu. Dźwięki zmieniają się w ciągu dnia w zależności od aktywności poszczególnych gatunków zwierząt. Co słychać w dżungli? Przede wszystkim cykady, które mają bogaty repertuar i potrafią być bardzo głośne, a dźwięki przez nie wydawane czasem przypominają sygnał syreny alarmowej. Z tej kakofonii dźwięków udało nam się jeszcze wyodrębnić świerszcze, żaby, ptaki i małpy.

Dźwięki dżungli

Od razu uderza też wysoka wilgotność powietrza panująca tutaj cały czas, przez którą nawet w chłodniejsze dni, człowiek cały czas jest mokry od potu. Rzeki w dżungli są nieprzewidywalne do tego stopnia, że podczas deszczu w ciągu godziny są w stanie zmienić się z płytkiego strumienia w rwący, głęboki potok. Drzewa są inaczej zbudowane niż u nas. Ich korony znajdują się wysoko ponad głowami szczelnie zasłaniając niebo tak, że na ziemię nie docierają promienie słoneczne. W słoneczny dzień jest tu ciemno, natomiast w pochmurny, nawet w środku dnia panuje półmrok. Na poziomie oczu znajdują się tylko pnie drzew pozbawione gałęzi.

Na pierwszy rzut oka w dżungli widać tylko dwa kolory: zielony i brązowy. Po pewnym czasie zaczęliśmy dostrzegać więcej barw: czerwone owoce, pomarańczowe grzyby i krocionogi, żółte błoto. Kolorowe ptaki niestety ukryły się w koronach drzew i nie udało nam się ich zobaczyć. W przypadku braku lin podczas wchodzenia można wspomagać się lianami, które spotkać można na każdym kroku. 90% zwierząt jest aktywnych w nocy, więc w ciągu dnia niewiele się tu dzieje. Życie toczy się głównie na dwóch poziomach. W koronach drzew skaczą małpy, śpiewają ptaki, biegają wiewiórki. Na ziemi w rozkładającej się ściółce widzieliśmy jaszczurki, motyle, pijawki, krocionogi i dziesiątki gatunków mrówek. Jeden profesor z Polski kilka lat temu spędził w dżungli osiem dni badając życie tych niepozornych stworzeń. Naza towarzyszył mu wtedy jako przewodnik niosąc na plecach 50-kilogramowy plecak ze sprzętem, zapasem wody i pożywienia.

Kłusownicy poszukują agaru niszcząc drzewa
Kłusownicy poszukują agaru niszcząc drzewa
Ten owoc nie jest jadalny
Ten owoc nie jest jadalny
Kolejne owoce
Kolejne owoce
Jadalne owoce dżungli
Jadalne owoce dżungli
Grzyby rosnące na martwym drzewie
Grzyby rosnące na martwym drzewie
Grzyby jak galareta, jadalne po ugotowaniu
Grzyby jak galareta, jadalne po ugotowaniu
Jeszcze więcej grzybów
Jeszcze więcej grzybów
Nogi, nogi, nogi, czyli krocionóg w akcji
Nogi, nogi, nogi, czyli krocionóg w akcji

Kiedy byliśmy tu trzy lata temu, na terenie Taman Negara mieszkała rdzenna ludność Malezji, zwana Orang Asli. Żyli tym co udało im się zebrać w lesie i jako jedyni mogli legalnie polować w parku. Już wtedy widzieliśmy osiedla znajdujące się poza parkiem, do których byli przymusowo przesiedlani. Podczas tegorocznej wizyty dowiedzieliśmy się, że proces ten został zakończony i w dżungli można teraz spotkać jedynie turystów, pracowników parku i kłusowników.

Po dwóch godzinach minęliśmy pierwszy kemping, a po pięciu dotarliśmy do tego, na którym mieliśmy nocować. Gdybyśmy szli na górę Tahan, spalibyśmy na kolejnym, znajdującym się godzinę drogi od nas. Słowo kemping jest trochę na wyrost, bo namiot rozbiliśmy w lesie, tylko w miejscu gdzie było odrobinę wolnego miejsca. Rzeka służy za źródło wody i miejsce kąpieli, natomiast pobliskie zarośla pełnią funkcję wychodka. Zgodnie z zasadami panującymi w parku, papier toaletowy jako materiał biodegradowalny może być zostawiony w lesie.

Po dotarciu na miejsce chcieliśmy chwilę odpocząć, ale Naza poradził nam, żeby zabrać się za rozbijanie namiotu, bo zaraz zacznie padać. Słowa te okazały się prorocze. W momencie kiedy udało nam się go postawić, spadły pierwsze krople deszczu i kolejną godzinę spędziliśmy w środku popijając ciepłą herbatę z imbirem i jedząc kolację przygotowaną przez naszego przewodnika. Po ustaniu deszczu wyszliśmy znów na zewnątrz i zaczęliśmy wsłuchiwać się w odgłosy lasu, które nasilały się wraz z zapadającym zmrokiem. Jeśli ktoś, tak jak my, jest przyzwyczajony do spania w ciszy, może mieć duże problemy z zaśnięciem w takich okolicznościach przyrody.

Nasz namiot w lesie
Nasz namiot w lesie
Na każdym kroku paparazzi ;)
Na każdym kroku paparazzi 😉
Kiblat, czyli kierunek, w którym muzułmanie zwracają się w czasie modlitwy
Kiblat, czyli kierunek, w którym muzułmanie zwracają się w czasie modlitwy
Domek Nazy :)
Domek Nazy 🙂
Śniadanie mistrzów
Śniadanie mistrzów
Śniadaniem dzielimy się z mrówkami
Śniadaniem dzielimy się z mrówkami

Następnego dnia wstaliśmy o 8:30 i dwie godziny później po śniadaniu i spakowaniu całego ekwipunku, ruszyliśmy w drogę powrotną. Poziom rzeki, w miejscu, w którym czekaliśmy poprzedniego dnia, był już tak niski, że niektórym udało się przejść przez nią suchą stopą.

Mimo że w nocy nie padało droga była bardziej błotnista i śliska niż poprzedniego dnia w czasie deszczu. Wynikało to zapewne z wyższej wilgotności powietrza, którą dało się też odczuć, bo pot z nas spływał strumieniami. Po drodze usłyszeliśmy dobiegające z oddali głosy małp, a nasz przewodnik, jak prawdziwy tropiciel po paru minutach wskazał nam gdzie dokładnie się znajdują. Widzieliśmy je tylko przez chwilę przeskakujące z drzewa na drzewo wysoko nad naszymi głowami. Były to siamangi, rodzaj gibonów, największe małpy występujące w Taman Negara. Droga powrotna zajęła nam cztery godziny, a po dotarciu do punktu wyjścia mogliśmy spróbować łowienia ryb gołymi rękami. Bez sukcesu, ale nie było nam szkoda, bo po złapaniu trzeba je wrzucić z powrotem do wody.

Indiana Jones w tropikach
Indiana Jones w tropikach
Zakamuflowane drzewo
Zakamuflowane drzewo
Jest nas tu więcej
Jest nas tu więcej!
Po drugiej stronie rzeki
Po drugiej stronie rzeki
Błotniste poedejście
Błotniste podejście
Dziurawy pień drzewa
Dziurawy pień drzewa
Liście w panterkę
Liście w panterkę
Niesamowita faktura liścia
Niesamowita faktura liścia
Samica motyla Lexias pardalis
Samica motyla Lexias pardalis
Naza wypatrzył jaszczurkę
Naza wypatrzył jaszczurkę
Kwitnące drzewo
Kwitnące drzewo
Gniazdo pszczół
Gniazdo pszczół
Łowienie ryb gołymi rękami
Łowienie ryb gołymi rękami

Następnym punktem programu była półgodzinna wizyta na wieży widokowej, z której można zobaczyć sporą część parku. Naza wypatrzył dla nas dzioborożca siedzącego na szczycie drzewa. Dzioborożec nie chciał pozować do zdjęcia, więc pożegnaliśmy się z nim i pojechaliśmy dalej do bumbuna, czyli miejsca naszego noclegu. Bumbun po malajsku to wieża, która jest wybudowana na terenie parku w celu obserwacji zwierząt przychodzących tam, żeby uzupełnić minerały. Do czatowni wchodzi się po schodach, na końcu których zamontowane są drzwi zamykane na zasuwkę. Zostały one założone niedawno, po tym, jak przewodnika z grupą turystów obudził w nocy niedźwiedź, który wdrapał się po schodach. Ze względu na tego typu sytuacje przewodnik zawsze śpi z włączoną latarką. Dzięki temu jest w stanie szybko zareagować kiedy coś się dzieje.

Na ścianie bumbuna były wywieszone zdjęcia wszystkich dużych ssaków, które odwiedzają to miejsce, czyli tygrysa malajskiego, złotego kota azjatyckiego, lamparta, cyjona rudego, sambara jednobarwnego, słonia, tapira malajskiego, mundżaka i dzika. Niestety nie udało nam się zobaczyć żadnego z nich, widocznie rozniosło się po lesie, że ktoś na nie czatuje 😉 Jedyne zwierzęta, które zaobserwowaliśmy, to nietoperze latające nad naszymi głowami, wiewiórka i małpa skaczące po drzewach i dwie jaszczurki, z których jedna pozowała Tomkowi do zdjęcia, a druga spadła z dachu wprost pod nasze nogi. Noc spędzona w czatowni była ciekawym przeżyciem, bo mogliśmy przekonać się, ile cierpliwości potrzeba, gdy chce się oglądać zwierzęta na wolności. Tym większy jest nasz podziw dla ekip kręcących filmy przyrodnicze.

Bujne liście palmy
Bujne liście palmy
Deszczowe chmury nad Taman Negara
Deszczowe chmury nad Taman Negara
Dzioborożec nie chciał pozować do zdjęcia
Dzioborożec nie chciał pozować do zdjęcia
Bun bun, czyli czatownia
Bumbun, czyli czatownia
Bun bun z zewnątrz
Bumbun z zewnątrz
Czekamy na zwierzęta
Czekamy na zwierzęta
Tych zwierząt nie zobaczyliśmy
Tych zwierząt nie udało nam się zobaczyć
Jaszczurka spadła nam z nieba ;)
Jaszczurka spadła nam z nieba 😉
Jaszczurka w krawacie jest mnie awanturująca się
Jaszczurka w krawacie jest mnie awanturująca się

Następnego dnia rano, po kolejnej hałaśliwej nocy, wróciliśmy na granicę parku i musieliśmy się rozliczyć ze wszystkich rzeczy wniesionych na jego teren. Nie brakowało niczego oprócz jednej koszulki, którą po dziesięciu minutach nerwowych poszukiwań znaleźliśmy w bocznej kieszeni plecaka. Tym razem obyło się bez kary i mogliśmy wrócić i odespać dwie noce spędzone na łonie natury.

Jeśli ktoś z was zastanawia się jak przygotować się do wizyty w lesie deszczowym, to mamy dla was kilka praktycznych wskazówek. Przede wszystkim trzeba pozbyć się myślenia, że chronimy się przed deszczem za wszelką cenę. W większości przypadków bardziej komfortowe jest założenie szybkoschnących ubrań i pogodzenie się z tym, że od czasu do czasu się zmoknie. Po założeniu kurtki lub peleryny przeciwdeszczowej człowiek tylko bardziej się poci, więc efekt jest ten sam. Warto też zastanowić się nad obuwiem, które chcemy zabrać, szczególnie jeśli będziemy przekraczać rzeki. Najlepiej sprawdzają się gumowe buty do kostki, a w ostateczności sandały trekkingowe. Po naszej pierwszej wizycie w dżungli nie byliśmy w stanie wysuszyć naszych wysokich butów trekkingowych. Zaśmierdły one do tego stopnia, że na korytarzu w hotelu czuliśmy je bez otwierania drzwi do pokoju.

Ze względu na dużą wilgotność i ryzyko zalania warto ograniczyć liczbę elektroniki. Telefon nie będzie miał zasięgu, więc może przydać się najwyżej do robienia zdjęć. Aparat fotograficzny powinien być uszczelniany, bo inaczej zaparuje od środka. Trzy lata temu spędziliśmy zaledwie parę godzin w dżungli, a później pół dnia suszyliśmy aparat zanim zaczął działać ponownie. Straciliśmy też wtedy telefon komórkowy, który razem z Tomkiem wpadł do rzeki. Na drobną elektronikę, którą zdecydujemy się zabrać polecamy saszetki wodoodporne do nabycia w każdym sklepie outdoorowym.

Ubrania można schować w worki wodoszczelne, a cały plecak zabezpieczyć zakładając na niego wielki worek na śmieci z otworami na szelki. Jest to dużo skuteczniejsze w przypadku wielkiej ulewy niż standardowe osłony przeciwdeszczowe dołączane do plecaka. Przy przekraczaniu rzeki w mętnej wodzie przydadzą się kije trekkingowe, którymi można się podeprzeć albo sondować wysokość wody. Na sprzęt nie trzeba wydawać fortuny, wypożyczona latarka warta dwa ringgity dawała lepsze światło niż nasze czołówki. Śpiwory i namiot z Decathlonu też dały radę. Najpopularniejsze buty wśród przewodników kosztują osiem ringgitów.

Informacje praktyczne
Taman Negara jest zamknięte w sezonie deszczowym od 15 listopada do 15 stycznia.
Najlepszym miesiącem na oglądanie ptaków jest sierpień kiedy owocuje dużo drzew.
Wstęp do parku kosztuje 10 ringgitów plus 2 ringgity za wniesienie aparatu. Całkowity koszt wycieczki jest jednak dużo wyższy i wynosi zwykle kilkaset ringgitów od osoby. Naszą wyprawę po raz kolejny zorganizował
Khaiun Nizam z Merapoh Adventure
merapohadventure@gmail.com
09-912 2321
Gorąco polecamy!

Odpowiedź do artykułu “Co słychać w dżungli?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *