Miejsce przy oknie

Been There Don Det

To napis jaki zobaczyliśmy na koszulkach sprzedawanych na straganie na wyspie Don Det. Naszym pierwszym przystanku, a właściwie pierwszej przystani, w Laosie. Don Det to jedna z wysp na Mekongu w regionie Si Phan Don. Nazwa regionu w dosłownym tłumaczeniu oznacza Cztery Tysiące Wysp. My byliśmy tylko na dwóch. Region znajduje się na południu Laosu, kilkanaście kilometrów od granicy z Kambodżą.

Przekraczanie tej granicy to swego rodzaju teatr, w którym turyści mają z góry przypisane role. Ci, którzy chcą zmienić scenariusz, mogą nie wyjść na tym dobrze. Tuż przed przejściem granicznym zostajemy wysadzeni z autobusu, gdzie czeka miły pan, który wręcza nam wnioski wizowe. Po ich wypełnieniu, zbiera paszporty i opłaty za wizy. Dodatkowo dolicza po dwa dolary za podstemplowanie paszportu dla pograniczników kambodżańskich i laotańskich i jeden dolar dla siebie za fatygę. Opłaty te są bezprawne, ale nikt tego nie kontroluje, więc na granicy sobie w ten sposób dorabiają. Można się uprzeć i nie skorzystać z usługi pośrednika, ale nigdy nie wiadomo co się wtedy w stanie. Słyszeliśmy o przypadku, gdy osobie, która przeszła samodzielnie, nie pozwolono wsiąść do autobusu i pojechać dalej. Ryzyko jest więc takie, że zostanie się zostawionym w szczerym polu i trzeba będzie łapać stopa, żeby dostać się do najbliższej miejscowości. My i cała nasza grupa dla świętego spokoju zapłaciliśmy, mając świadomość, że jesteśmy oszukiwani. Kambodża jest w czołówce najbardziej skorumpowanych państw świata, więc takie historie są tutaj normą.

Czy się stoi czy się leży, pięć dolarów się należy
Czy się stoi czy się leży, pięć dolarów się należy
Granicę z Laosem przekraczaliśmy pieszo
Granicę z Laosem przekraczaliśmy pieszo
Czekamy na transport po przekroczeniu granicy, w krajobrazie dominują skrzynki z piwem Beerlao
Czekamy na transport po przekroczeniu granicy, w krajobrazie dominują skrzynki z piwem Beerlao

Mając wizę, mogliśmy udać się w dalszą podróż. Nastąpiło to po dwóch godzinach bezsensownego czekania przy granicy na autobus, który miał nas zabrać do Nakasang. Dzięki temu już na początku doświadczyliśmy laotańskiego podejścia do czasu. To czy autobus odjedzie godzinę czy dwie godziny później nie robi nikomu różnicy. Na Don Det płynie się właśnie z Nakasang. Nasz kłopot polegał na tym, że chcieliśmy się dostać na mniej turystyczną stronę wyspy, gdzie łódki nie pływają. Pan sprzedający bilety nie mówił słowa po angielsku, więc nie byliśmy w stanie wytłumaczyć mu o co nam chodzi. Chcąc nie chcąc zostaliśmy skazani na przejście trzech kilometrów pieszo z południowej na północną część wyspy. Na łódce spotkaliśmy panią, która twierdziła, że idzie w kierunku naszego noclegu i że możemy z nią iść. Po drodze rozmawiając z nią, robiliśmy listę podstawowych zwrotów laotańskich, które mogą się przydać w kontaktach z mieszkańcami. Po 15 minutach pokazała nam hostel, ale okazało się, że zaszło nieporozumienie i pani źle usłyszała nazwę. Kolejne dwa kilometry pokonaliśmy już sami, docierając do noclegu godzinę przed zachodem słońca. Na miejscu czekał na nas bungalow z łazienką i widokiem na rzekę za jedyne 60 tysięcy kipów, czyli ok. 6 euro za noc.

Na całej wyspie panuje leniwa atmosfera, a każdy guesthouse ma taras, na którym można cały dzień leżeć i sączyć Beerlao, czyli laotańskie piwo. Przy temperaturach sięgających 37 stopni w cieniu wydawało się to najlepszą opcją.

Leżakowanie
Leżakowanie
Podczas leżakowania liczyliśmy misie na suficie ;)
Podczas leżakowania liczyliśmy misie na suficie 😉
Inna forma leżakowania
Inna forma leżakowania
Nasz przydomowy gekon
Nasz przydomowy gekon

Jednemu z francuskich gości, spodobało się tu tak bardzo, że został dwa miesiące. Gospodarze mieli problemy z zarządzaniem rezerwacjami, każdemu zainteresowanemu odpowiadając, że będą mieli dla niego pokój. Czasem jednak okazywało się, że popyt przekraczał podaż i wtedy Francuz zwalniał swój bungalow i spał razem z rodziną. Właściciele nie radzili sobie także z prowadzeniem restauracji. Mieli pięć wersji menu, a każda z nich zawierała inne dania, natomiast te, które się powtarzały, miały różne ceny. Nigdy nie mieliśmy pewności, czy dostaniemy to co zamówiliśmy i ile czasu zajmie przygotowanie potraw. Potrafiło to trwać od pół do półtorej godziny. Był to rodzinny interes, ale pracowały tam tylko kobiety. Wyobraźcie sobie nasze zaskoczenie, gdy pewnego wieczoru podszedł do nas ojciec rodziny z ogromną czołówką i zaczął nas obsługiwać. Musiała to być jakaś kara, bo tego samego dnia widzieliśmy go naprawiającego rowery. Przez pozostałe trzy dni naszego pobytu nie kiwnął palcem.

Widok z restauracji
Widok z restauracji
Laos to komunistyczny kraj
Tylko flagi przypominały nam o tym, że jesteśmy w komunistycznym kraju
Największa atrakcja Laosu ;)
Prawdziwy symbol Laosu, czyli Beerlao 😉

Po całym dniu leżakowania zdecydowaliśmy się obejrzeć tutejsze atrakcje turystyczne, zaczynając od tej, którą widzieliśmy z naszego tarasu. Był to wybudowany przez Francuzów w 1910 r. most kolejowy łączący dwie wyspy: Don Det i Don Khon. Z powodu licznych wodospadów i katarakt, Mekong w rejonie wyspy Don Khon jest niespławny. Dlatego żeby przeprawić statki w dół rzeki, w 1893 r. Francuzi zdecydowali się wybudować kolej prowadzącą przez dwie wyspy, załadować statki na tory i wodować ponownie po minięciu wodospadów. Początkowo statki były wodowane na Don Khon, ale niski stan wód w okolicach wyspy w porze suchej wymusił budowę mostu i przedłużenie kolei na Don Det.

Jedyną pozostałością z tego okresu, oprócz mostu, jest lokomotywa, którą można oglądać po przejściu przez most. Torów już dawno nie ma, bo zostały wykorzystane przez mieszkańców do budowy ogrodzeń.

Francuski most kolejowy łączący wyspy Don Det i Don Khon
Francuski most kolejowy łączący wyspy Don Det i Don Khon
Tym mostem przewożono statki
Tym mostem przewożono statki
Zachód słońca widziany z mostu
Zachód słońca widziany z mostu
Rybacy na Mekongu
Rybacy na Mekongu
Ostatni zachowany parowóz
Ostatni zachowany parowóz

Na Don Khon odwiedziliśmy trzy grupy wodospadów, największe wrażenie zrobiły na nas wodospady Li Phi, znajdujące się po zachodniej stronie wyspy. Cała okolica została zamieniona na kompleks rekreacyjny, w którym za drobną opłatą można spędzić cały dzień. Są tu ławeczki, punkty widokowe, plaża, restauracje, a nawet park linowy. W czasie naszego pobytu nikt z niego nie korzystał, więc mogliśmy wejść na platformę wykorzystywaną do zjeżdżania na linie i oglądać wodospady w całej okazałości. Nie ma tu dużo ludzi, bo większość turystów wpada tylko na chwilę, żeby odhaczyć kolejną atrakcję. My byliśmy tu trzy godziny i gdyby nie zachód słońca, chętnie zostalibyśmy dłużej.

Wodospady Li Phi
Wodospady Li Phi
Punkt widokowy nad Li Phi
Punkt widokowy nad Li Phi
Li Phi w całej rozciągłości
Li Phi w całej rozciągłości
Li Phi z bliska
Li Phi z bliska
Widok z platformy parku linowego
Platforma parku linowego
Widok z platformy
Widok z platformy
Ścieżka wzdłuż wodospadu
Ścieżka wzdłuż wodospadu
Skały wyrzeźbione przez Mekong
Skały wyrzeźbione przez Mekong
Zachód słońca na plaży
Zachód słońca na plaży

Pozostałe dwa wodospady są mniejsze, wstęp do nich jest bezpłatny, ale co za tym idzie infrastruktura pozostawia wiele do życzenia. Żeby do nich się dostać musieliśmy przejść po moście wiszącym nad rzeką oraz po kilku rozpadających się drewnianych mostkach. Ich zaletą było to, że nie były zbyt popularne wśród turystów. Dotarliśmy tam późnym popołudniem, czyli w porze kiedy rybacy wychodzą na połów ryb tradycyjnymi sieciami.

Wodospad Khone Paksy
Wodospad Khone Paksy
Katarakty na Mekongu
Katarakty na Mekongu
Wiszący most nad jedną z odnóg Mekongu
Wiszący most nad jedną z odnóg Mekongu
Mind your step
Mind your step
Wodospad Tad Khone Pa Soi
Wodospad Tad Khone Pa Soi
Ważka
Ważka
Tradycyjny połów ryb
Tradycyjny połów ryb

Do wodospadów szliśmy pieszo mijając wioski laotańskie i obserwując życie codziennie mieszkających tam ludzi (i zwierząt).

Było tak gorąco, że nawet bawoły chowały się w cieniu
Było tak gorąco, że nawet bawoły chowały się w cieniu
Pola ryżowe w porze suchej
Pola ryżowe w porze suchej
Przydomowy ogródek
Przydomowy ogródek
Bawoły nad Mekongiem
Bawoły wodne nad Mekongiem
Meee-kong
Meee-kong
Wypalanie węgla drzewnego
Wypalanie węgla drzewnego
Tradycyjna łódka
Tradycyjna łódka
Pranie w rzece
Pranie w rzece

Największą atrakcją całego regionu jest jednak zespół wodospadów Khone Phapheng położony przy lądzie kilkanaście kilometrów od naszej wyspy. Mieliśmy spory kłopot jak tam się dostać samodzielnie, nie korzystając ze zorganizowanych wycieczek, które wyruszają po południu i spędzają na miejscu tylko dwie godziny, a do tego są drogie (200 tysięcy kipów od osoby, czyli ok. 20 euro). Przez przypadek dowiedzieliśmy się, że przez rzekę za drobną opłatą można przeprawić się rowerem. Wypożyczyliśmy więc rowery w naszym noclegu i pojechaliśmy na przystań i w ostatniej chwili załapaliśmy się na właśnie odpływającą łódkę. Po przejechaniu 13 kilometrów, kilka minut po dziesiątej dotarliśmy do wodospadów. Jest to największy zespół wodospadów pod względem ilości przepływającej wody w Południowo-Wschodniej Azji, a najwyższy wodospad ma wysokość 21 metrów. Obeszliśmy wszystkie punkty widokowe, ale czuliśmy się tam bardziej jak w kinie. Aby poczuć potęgę natury zeszliśmy z głównej ścieżki i wdrapaliśmy się na kamienie znajdujące się przy samej rzece.

Na parkingu
Na parkingu
Święte drzewo rosnące w Mekongu
Święte drzewo rosnące w Mekongu
Wodospady Khone Papheng - pierwszy próg
Wodospady Khone Papheng – pierwszy próg
Wodospady Khone Papheng
Wodospady Khone Papheng
Wodospady Khone Papheng - panorama
Wodospady Khone Papheng – panorama
Wodospady Khone Papheng - widok z bliska
Wodospady Khone Papheng – widok z bliska
Wodospady Khone Papheng na wyciągnięcie ręki
Wodospady Khone Papheng na wyciągnięcie ręki
Podziwianie wodospadów ;)
Podziwianie wodospadów 😉
Trasa widokowa
Trasa widokowa

Po zjedzeniu obiadu ok. godziny 15 zdecydowaliśmy, że czas wracać. Nie zajechaliśmy jednak daleko. Po przejechaniu kilometra Tomek złapał gumę. Może to i lepiej, bo rower miał popsute hamulce, a droga powrotna była z górki. Mieliśmy dwie opcje: iść z rowerami pieszo albo złapać stopa. Wybraliśmy obydwie 😉 Prowadziliśmy rowery w kierunku przystani, jednocześnie wypatrując samochodu z paką, który mógłby nas zabrać. Przez pierwsze pół godziny minęło nas tylko jedno takie auto, ale było wypełnione po brzegi świniami 😉 Na szczęście parę minut później udało nam się zatrzymać songthaew (rodzaj pojazdu do przewozu osób) wiozący kajakarzy ze spływu po Mekongu. Jechali oni na przystań, więc kierowca zabrał również nas i nasze rowery. Aby uniknąć prowadzenia popsutego roweru przez całą wyspę, zdecydowaliśmy się wynająć własną łódkę i dopłynąć w pobliże naszego noclegu. Cała wyprawa kosztowała nas 280 tysięcy kipów za 2 osoby (2 x 10 tysięcy za wynajęcie rowerów, 2 x 20 tysięcy za łódkę do Nakasang, 2 x 5 tysięcy za parking, 2 x 55 tysięcy bilety wstępu, 2 x 15 tysięcy za bus, 70 tysięcy za łódkę powrotną), czyli mimo dodatkowych kosztów o 120 tysięcy taniej niż zorganizowana wycieczka.

Daleko jeszcze?
Daleko jeszcze?
Uratowani!
Uratowani!
Rowerem po Mekongu
Rowerem po Mekongu

Następnego dnia, na pożegnanie, właścicielka noclegu zawiązała nam kolorowy sznurek na nadgarstku, co miało przynieść nam szczęście. Tak wyposażeni mogliśmy ruszyć w dalszą podróż.

Sznureczek na szczęście
Sznureczek na szczęście

Na koniec filmowe podsumowanie głównych atrakcji Si Phan Don:

3 odpowiedzi do artykułu “Been There Don Det

  1. Jasio

    Wodospady niezwykle fotogeniczne i z jaką cierpliwością pozowały. Urocze miejsce. Tomek ma szczęście z łapaniem gum ( o ile pamiętam to kolejna ). Sposób dorabiania na granicy to klasyka ( ale tutaj wyjątkowo mało pazerny , bo kapitalizm jeszcze nie dotarł ). Podobał mi się bardzo ten sufit w misie, zastanawiam się czy go nie zaadoptować. Wydaje się mocno relaksujący. Cieszę się, że odwiedzacie takie zajefajne miejsca.
    Trzymajcie się ciepło.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *